Kryzys okazał się znacznie słabszy, niż można było się spodziewać rok temu, ale i tak zmienił wrocławski rynek nieruchomości. Ceny spadły, ale w przyszłym roku nie powinny gwałtownie rosnąć, mimo iż nowych mieszkań będzie mniej niż teraz.Takie są wnioski z debaty we wrocławskiej redakcji "Gazety Wyborczej", którą zorganizowaliśmy w ubiegły piątek. Oprócz dziennikarzy wzięli w niej udział deweloperzy, pracownicy banków, pośrednicy i eksperci od nieruchomości oraz architekci.
Kryzys nie taki straszny, jak go malowano
Jacek Kulesza, "Gazeta Wyborcza": Serdecznie witam Państwa na drugiej w tym roku debacie, tematem której jest kondycja wrocławskiego rynku nieruchomości. Chciałbym dzisiejszą dyskusję zacząć od wniosków z naszego wiosennego spotkania. Wówczas najwięksi optymiści mówili, że już jesienią zaczniemy wychodzić z kryzysu i będzie można myśleć o nowych inwestycjach. Czy rzeczywiście tak się stało? Czy już możemy mówić o końcu kryzysu, czy też nadal na rynku nieruchomości jest źle i nie widać zapowiadanej poprawy?
Marek Kończak, ekspert rynku nieruchomości: Na ostatniej debacie większość z nas pałała optymizmem, uznając, że w Polsce ten kryzys jest raczej psychozą kryzysu, który wystąpił na Zachodzie, i myślę, że potwierdzeniem tego będzie dzisiejsze spotkanie. Sądzę, że na rynku nastąpiło ożywienie. Chociaż może nie w zdecydowany sposób - tutaj rynek należałoby podzielić na inwestorów nieruchomościowych i konsumentów. Inwestorów, czyli tych, którzy uznają, że lokowanie kapitału w nieruchomości jest dobrą inwestycją długofalową, nadal nie ma. Natomiast liczba konsumentów, czyli nabywców mieszkań - dla siebie, dla dorastających córek, dla znajomych - zdecydowanie się zwiększyła. Widać to zresztą po liczbie żurawi, które stoją teraz we Wrocławiu. Również banki troszeczkę się otworzyły na konsumentów, choć nie na inwestorów.
Agnieszka Bieganowska, wiceprezes firmy Dach Bud: Myślę, że po cichutku możemy oddzwonić koniec kryzysu. Sytuacja na rynku jest dobra. Tak jak Pan wspomniał, banki otworzyły się na klientów. Chętnych na zakup mieszkań jest bardzo dużo pomimo ogromnej podaży, jaka występuje w tej chwili na rynku. Sprzedaż też jest nieprzerwana, więc widać, że nie jest na rynku nieruchomości tak źle.
Katarzyna Górowicz, Polskie Radio Wrocław: Jeśli odtrąbimy koniec kryzysu, to znaczy, że ceny mieszkań znowu pójdą w górę?
Agnieszka Bieganowska: Tak wszyscy wróżą.
Leszek Michniak, prezes Wrocławskiej Giełdy Nieruchomości: Zgadzam się z przedmówcami, że kryzys chyba się już skończył. W styczniu rejestrowaliśmy jednego kupującego na 12 ofert sprzedaży, a w październiku zanotowaliśmy siedmiu kupujących na 10 ofert sprzedaży. To pokazuje, że pojawiła się spora grupa klientów.
Nie zgadzam się, że nie ma inwestorów. Są, ale drobni. Kupują małe mieszkania na wynajem, czasem dwa albo trzy.
Marek Kończak: Chciałbym sprostować. Mówiłem o podziale na dużych inwestorów i konsumentów, ale w tej drugiej grupie mieszczą się drobni inwestorzy, którzy kupują na wynajem. Proszę jednak zwrócić uwagę również na to, że bardzo trudno jest sprzedać duże działki budowlane, co jest dowodem na to, że dużych inwestorów brakuje. Nawet w samym Wrocławiu, gdzie wydawało się dwa lata temu, iż nie będzie problemu ze sprzedażą, gdzie są plany zagospodarowania przestrzennego, a więc wiadomo, co można zrobić.
Proszę zobaczyć, co się dzieje z hotelami, które miały być budowane licznie przed Euro 2012. Budowa nowych się nie rozpoczyna. To może jest związane z tym, że w tym roku - jak twierdzi Polska Izba Turystki - odwiedziło nas o 11 proc. turystów mniej. Niezwykle trudno jest sprzedać poważnemu inwestorowi nawet dobre pod względem inwestycyjnym i urbanistycznym działki. To znaczy takiemu, który posiada do wydania kwotę kilkudziesięciomilionową.
Leszek Michniak: Gdyby byli duzi inwestorzy, ceny szybko szłyby w górę, co byłoby niekorzystne dla drobnych kupujących.
Mariusz Niemiec, wiceprezes firmy As-Bau: Pół roku, które minęło od naszego ostatniego spotkania, było niezwykle interesującym okresem. Można powiedzieć - tak jak Pani zauważyła - że jest już troszeczkę lepiej. Zresztą już kwiecień, maj i czerwiec przyniosły zmianę jakościową i ilościową, jeżeli chodzi o kupców. My również mamy wielu potencjalnych nabywców - są zainteresowani mieszkaniami i mają określony poziom zdolności finansowej. Jest jednak problem z finalizacją transakcji.
Zbigniew Maćków, Maćków Pracownia Projektowa: U nas poprawę koniunktury widać wcześniej niż na rynku budowlanym, bo inwestorzy w głębokiej tajemnicy zwracają się do nas, by przygotować im plany inwestycyjne, które ogłoszą dopiero kilka miesięcy później. Widać było, że szczyt pesymizmu przypadł na październik, listopad i grudzień zeszłego roku. Od styczna i lutego widać stopniowe wychodzenie z zapaści. Widać to nie tylko po liczbie zleceń projektowych kończących się pozwoleniem na budowę, projektem wykonawczym czy przetargowym, ale również po liczbie zapytań i analiz dotyczących różnych terenów. Zainteresowanie więc jest, i to coraz wyraźniejsze.
Jacek Kulesza: Ale tylko w branży mieszkaniowej?
Zbigniew Maćków: W każdej. Jednak nie należy tego mieszać, bo każda branża rządzi się swoimi regułami. Na przykład w hotelach kierunek jest przeciwny. Widać, że ta gałąź biznesu przeżywa kryzys. Zwłaszcza że ma stosunkowo długą stopę zwrotu. Natomiast inne inwestycje, chociażby biurowe, przeżywają od kilku miesięcy boom. Jest bardzo dużo projektów uruchomionych i w przygotowaniu.
Odpowiadając na pytanie, czy należy się spodziewać wzrostu cen i czy jest zastój w sprzedaży nieruchomości, rynek mieszkaniowy się ruszył, ponieważ elastycznie reaguje na to, co się dzieje. Natomiast rynek nieruchomości, zwłaszcza miejskich, nie jest aż tak elastyczny. Wyceny pochodzą z okresu, kiedy panowała koniunktura na rynku, a więc są nieadekwatne do dzisiejszego poziomu cen. W związku z tym ceny wywoławcze nie są akceptowane i ciężko znaleźć nabywców na duże działki. Po prostu są one za drogie.
Co zrobią deweloperzy?
Edward Laufer, prezes Vantage Development: Deweloperzy mają jeszcze pewien zasób nieruchomości i chcą go w pierwszej kolejności wykorzystać. Zainwestowali w ziemię, mają miejscowe plany czy warunki zabudowy, pozwolenia na budowę, więc w pierwszej kolejności zależy im na uruchomieniu już przygotowanych projektów.
Z drugiej strony miasto wystawia duże działki w cenach sprzed roku. Widzimy, że przetargi organizowane są już drugi, trzeci raz - już z niższą ceną - i nadal nie przynoszą rozstrzygnięcia. Brakuje bowiem inwestorów, a deweloperzy bardzo ostrożnie podchodzą do dużych wydatków finansowych. Muszą bowiem rozstrzygnąć, czy te miliony złotych przeznaczyć na finansowanie już przygotowanego projektu, czy kupić kolejny grunt. Projekty ruszą w przyszłym roku, gdy zostaną zrealizowane te wcześniejsze. Deweloperzy na pewno będą ostrożnie podchodzić - patrząc na informacje, co jest skończone i ile tych mieszkań jeszcze jest na sprzedaż we Wrocławiu oraz jakie lokalizacje mają do dyspozycji.
Natomiast nasi klienci po dość długim okresie patrzenia, co się dzieje, obserwowania spadków cen i zachowania banków zaczęli podejmować decyzje. Uznali, że nadszedł czas na drobne inwestycje. Jedni - żeby mieć mieszkanie na wynajem, inni - by gdzieś mieszkać. Zdali sobie sprawę, że decyzję można odkładać w nieskończoność, ale życie ucieka.
Zbigniew Maćków: Nie ma już też, żadnej racjonalnej przesłanki, aby sądzić, że mieszkania będą tańsze. Inwestycje zostały przygotowane na bazie zasobów gruntowych, które były kupowane w określonym czasie na określonym pułapie finansowym, a robocizna zeszła już do absolutnego minimum. W zasadzie można obserwować odbicie się od dna i powolny wzrost cen wszelkich usług i robocizny. Powolny, ale jednak zauważalny. Zwłaszcza że marże i zyski też osiągnęły absolutne minimum.
Edward Laufer: Wspomnę jeszcze o jednym elemencie. Nie ma już masy drobnych deweloperów, którzy prowadzili jeden nieduży projekt. Nie wytrzymali finansowo, nie mają środków na zakup nowych gruntów i zwiększony wkład własny.
W związku z tym teraz będą powstawać projekty deweloperów, którzy mają własne zasoby gruntowe albo są na tyle mocni finansowo, że są w stanie mieć wkład własny i przekonać bank do realizacji projektu. Możliwe, że tych projektów będzie mniej, ale większych, ze względu na optymalizację kosztów. Dlatego nawet gdy ruszą kolejne projekty, wybór mieszkań nie będzie aż tak duży.
W latach 2011-2012 ceny mieszkań będą rosły, bo dostępne teraz lokale zostaną rozsprzedane, a nowych projektów będzie niewiele. Ale nie będzie to tak astronomiczny wzrost jak w poprzednich okresach.
Będzie drożej, ale jak bardzo?
Jacek Kulesza: Teraz z punktu widzenia osoby, która kupuje mieszkanie, sytuacja jest wprost idealna. Mogę jeździć po budowach, wchodzić do gotowych budynków i wybrać mieszkanie, które mi się najbardziej podoba. Tak dobrej sytuacji z punktu widzenia kupujących nie przypominam sobie od 20 lat.
Z drugiej strony mamy świadomość, że o ile w tym roku oddano rekordową liczbę mieszkań, to rozpoczęto bardzo mało nowych budów. Państwo już sygnalizujecie, że to się może wiązać ze wzrostem cen i tym, że wybór mieszkań będzie mniejszy. Chciałbym, byśmy spróbowali pospekulować, o ile w związku z tą sytuacja mogą wzrosnąć ceny w przyszłym roku.
A może jednak dojdzie do pewnej stabilizacji? Raczej nie będzie już tak dobrze, że zapłacimy za gotowe mieszkania, ale też nie trzeba będziemy kupować kota w worku, czyli mieszkania na etapie projektu.
Katarzyna Górowicz: Chciałabym się wypowiedzieć z punktu widzenie konsumenta. Zdecydowałam się na zakup mieszkania w tzw. dobie kryzysu. Niestety, muszę tu obalić pewien mit, bo cena mieszkania, na które czaiłam się od kilku lat, wcale nie spadła. Deweloper nawet minimalnie nie był skłonny jej obniżać. Mieszkanie w końcu kupiłam, bo musiałam. Deweloper, by nie stosować obniżki, dzieli mieszkania na mniejsze i one cieszą się zainteresowaniem. Dlatego sądzę, że ceny mocno nie wzrosną, bo cały czas są na podobnym poziomie.
Jacek Wróblewski, prezes Jot-Be Nieruchomości: Moim zdaniem będziemy mieć bardzo drastyczną sytuację w 2010 roku. Z jednej strony rzeczywiście deweloperzy przeznaczą środki własne na udział własny lub na inwestycje. Pan Laufer powiedział, że będą realizowane raczej duże inwestycje, a moim zdaniem mniejsze lub etapowane - właśnie ze względu na problem finansowania. Podaż mieszkań na pewno zmaleje, i to znacznie, ze względu na brak możliwości finansowania ich przez banki i ich niechęć do podejmowania ryzyka. Bo jednak nasza branża postrzegana jest jako ryzykowna, od której kryzys się zaczął.
Jest też drugi problem. Banki w 2010 roku prawdopodobnie będą finansowały budżet. Bo, niestety, należy spodziewać się gigaproblemu z deficytem i rząd będzie musiał emitować bardzo dużo obligacji i bonów skarbowych. A banki wolą finansować budżet, gdyż jest to mniej ryzykowne. Po prostu - czysty biznes.
Nie za bardzo widzę możliwość, mimo małej podaży, wzrostu cen. Wszyscy widzimy, że - tak jak wspomniała pani Górowicz - dzielone są mieszkania. Z tego powodu kredyty najczęściej kończą się na 200, 300 tys. zł. Nie ma możliwości wzrostu zdolności kredytowej tych klientów, więc nie ma możliwości wykreowania dużego wzrostu cen. Obawiałem się rozchwianego rynku, tzw. wahadła, ale myślę, że właśnie ze względu na brak możliwości szerokiego finansowania przy małej podaży będziemy mieć do czynienia z dużym, ale nieefektywnym popytem. Natomiast popyt efektywny będzie niewiele większy niż podaż. Wykreuje to jakiś wzrost cen, ale nie za duży.
Jeżeli chodzi o inwestycje, uważam, że deweloperzy się bardzo rozsądnie zachowywali, zamrażając inwestycje. Natomiast banki nie dość, że żądają środków własnych, to jeszcze wymagają przedsprzedaży. A jak tu sprzedawać? Mówiąc klientowi: "Proszę pana, wybudujemy panu, tylko musimy zebrać jeszcze 60 takich jak pan, no i termin realizacji podamy panu za pół roku. Bo wtedy będziemy mieli kredyt i od tego momentu, powiedzmy, w 18, 20 miesięcy jesteśmy w stanie się wyrobić"? Klient odpowie: "To ja idę dalej".
Edward Laufer: Mówiąc o dużych projektach, też miałem na myśli, że będą one etapowane. Natomiast jeszcze odnosząc się do wzrostu cen, to podtrzymuję, że on będzie, ale stopniowy. Faktycznie, dzisiaj tylko dobre projekty mają rację bytu - przy rozsądnej cenie.
Będziemy kupować markowe mieszkania
Kasia Górowicz: W takim razie chciałabym jeszcze zapytać: czy na to, o czym Pan mówi, ma również wpływ marka dewelopera? Czy mało znana firma, który teraz weszłaby do Wrocławia, miałaby szansę na powodzenie?
Edward Laufer: My rozpoczynaliśmy projekty, w związku z tym widzimy, że klienci patrzą na to, kto stoi za deweloperem. Za mną jest grupa Impel, czyli ktoś znany, który daje wsparcie. Natomiast wydaje mi się, że mali deweloperzy, którzy nie pokażą końcowego finansowania całościowego, będą mieli problem z pozyskaniem klientów. Bo jak już wchodzę w inwestycję, to chcę mieć pewność, że mieszkanie zostanie wybudowane. Przyczynią się do tego również banki, które będą tylko finansowały kredytem hipotecznym takie mieszkania, co do których będą miały przekonanie, że inwestycja zostanie zakończona.
Bartosz Szczap, prezes Spectrum Development: Ja również sądzę, że nie będzie dynamicznego wzrostu cen, a to dlatego, że nie było kryzysu. To znaczy nie był taki, jak prognozowano. A skoro nie było dna, to nie może być gwałtownego odbicia.
Kryzys dopiero nadejdzie - za jakieś dwa, trzy lata. Problemy, które się nawarstwiają i nie zostały rozwiązane (wadliwego globalnego systemu finansowego), nawarstwią się i bańka pęknie. Dopiero wtedy czeka nas globalny, potężny kryzys, który spowoduje, że także grono deweloperów zostanie zdziesiątkowane.
Marek Kończak: Wracając do marki firmy, o której pani Katarzyna powiedziała. To ma kolosalne znaczenie - mówię to jako doradca, który sprawdza również firmy dla klientów. Dla mnie taką wskazówką, bardzo obiektywną i zwykle skuteczną, jest to, czy firma istniała przed 2004 rokiem i czy przeżyła kryzys z początku XXI wieku. Bo wtedy było najciężej. Firmy, które wyszły z tamtego kryzysu z dobrymi wynikami, poradzą sobie w skrajnie niekorzystnych warunkach. A to jest bardzo istotne.
Druga sprawa. Jeśli rozmawiamy o cenach mieszkań, to nie powinniśmy zapominać o rynku wtórnym. Uwłaszczają się spółdzielcy, lokatorzy mieszkań zakładowych, a w Ministerstwie Infrastruktury przygotowywana jest ustawa o uwłaszczeniu mieszkań z budownictwa społecznego. Wielu ludzi, którzy dostają prawo do mieszkania, będzie chciało je sprzedać. To są często spadkobiercy albo osoby, które dostały mieszkanie w darowiźnie. Te lokale są położone najczęściej w bardzo dobrych lokalizacjach i wykończone. Tymczasem do mieszkania od dewelopera, by móc w nim zamieszkać, trzeba dopłacić jeszcze co najmniej tysiąc złotych za metr kwadratowy powierzchni użytkowej. Czym mniejsze mieszkanie, tym dopłata większa. W związku z tym na 60-metrowe mieszkanie trzeba jeszcze wydać 60 tys. zł. Tymczasem banki niechętnie udzielają kredytów powyżej wynegocjowanej i uzgodnionej z deweloperem ceny lokalu, a nie każdy ma wystarczające zasoby, aby mieszkanie urządzić. W związku z tym ten rynek wtórny mieszkań zaczyna być atrakcyjny. Ma on ustalony pewien poziom cen, z którym deweloperzy muszą się liczyć.
Kto może liczyć na kredyty
Jacek Kulesza: Nadszedł czas, by wypowiedziały się wielokrotnie wywoływane w dyskusji banki. Wiadomo, że teraz łatwiej niż wiosną jest dostać kredyt i deweloperom, i zwykłym ludziom. Czy można liczyć, że w przyszłym roku banki będą spoglądały jeszcze bardziej życzliwie na rynek nieruchomości?
Maria Zakrzewska z Zespołu Finansowania Nieruchomości wrocławskiego oddziału PKO Banku Polskiego: PKO BP jest chyba najstarszym bankiem, który ma największe doświadczenie w finansowaniu zarówno projektów deweloperskich, jak również kredytów hipotecznych. Zgadzam się, że do projektów deweloperskich podchodzimy w tej chwili z większą ostrożnością aniżeli przed kryzysem. Natomiast dla nas ważni są deweloperzy, których znamy, sprawdzeni, którzy kończyli finansowane przez nas projekty. Na pewno polityka banku idzie w kierunku zwiększenia udziału w sprzedaży kredytów hipotecznych. Zgadzam się z panem prezesem, który powiedział, że projekty dobre, w dobrej lokalizacji, ze sprawdzonymi deweloperami są realizowane i finansowane nawet w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy.
Jacek Kulesza: Kryzys nie do końca oddzielił dobre firmy od złych. Czy to oznacza, że Państwo dokończycie tę pracę?
Maria Zakrzewska: Nie powiedziałabym tak. Natomiast dla nas ważne są projekt, lokalizacja i deweloper.
Jacek Wróblewski: Nie wymagacie Państwo przedsprzedaży?
Maria Zakrzewska: Wszystko zależy od projektu i poziomu ryzyka. Nie ukrywam, że ostatnio były zwiększone wymagania wobec projektów deweloperskich. Ale można zauważyć już leciutką odwilż. Na pewno przedsprzedaż czy nawet rezerwacja są obrazem atrakcyjności tego projektu. To jest dla nas bardzo ważny element świadczący o tym, że ten projekt będzie miał dużo większą możliwość realizacji niż inny.
Jacek Kulesza: Alior Bank, który od niedawna jest we Wrocławiu, nie może liczyć na wieloletnią współpracę i sprawdzonych przez siebie deweloperów.
Ewa Chudobska, bankier do spraw hipotecznych we wrocławskim oddziale Alior Banku: Jesteśmy nowym graczem na wrocławskim rynku. Może jako instytucja nie mamy takiego doświadczenia, jeżeli chodzi o sprzedaż kredytów hipotecznych, ale posiadają je nasi pracownicy, których większość wcześniej pracowała w innych bankach. W związku z tym mamy obraz wrocławskich deweloperów.
Zresztą często klienci pytają nas, czy znamy taką inwestycję, dewelopera, czy grozi im jakieś niebezpieczeństwo. Tłumaczę, że skoro przez tyle lat sytuacja była dobra, to nie powinno wydarzyć się nic złego. Chociaż każdy może mieć kryzys. Nic natomiast nie mogę powiedzieć na temat młodych deweloperów.
Tutaj Pan powiedział, że nie możemy finansować wykończenia mieszkań deweloperskich - nie zgadzam się z tym. Przy kredycie hipotecznym dajemy również małe pożyczki na wykończenie nieruchomości.
Jacek Kulesza: Czy w bankach rozmawia się już o tym, że wychodzimy z kryzysu i trzeba myśleć o tym, by w przyszłym roku wysupłać więcej pieniędzy na kredyty?
Maria Zakrzewska: Tak. Chcemy zwiększyć akcje depozytowe i kredytowe, czego ważnym elementem są kredyty hipoteczne. Odeszliśmy trochę od kredytów walutowych, przy których poziom ryzyka związany z wahaniem kursów jest dużo większy, skupiając się na kredytach złotówkowych.
Nie będzie tylu apartamentów
Jacek Kulesza: Jeszcze dwa lata temu mieliśmy we Wrocławiu totalną nadprodukcję apartamentów. Był moment, że sprzedawał je prawie każdy, niezależnie od lokalizacji i standardu. Katarzyna Górowicz wspomniała, że teraz deweloperzy dzielą duże mieszkania na małe. Nasuwa się więc pytanie: co w przyszłym roku klienci znajdą na rynku nieruchomości? Czy nadal będą to małe jedno- czy dwupokojowe mieszkania, czy też ludzi będzie stać na zakup większych lokali? I czy będą dostępne też prawdziwe apartamenty.
Leszek Michniak: W tej chwili ludzie kupują przeważnie mieszkania dwu- i trzypokojowe, dopiero na trzecim miejscu w tej statystyce są kawalerki. Co trzecia osoba kupuje nie dla siebie, a na wynajem. Zwiększa się liczba najemców. Są to osoby, które nie mają zdolności kredytowej. W ogóle nie ma zainteresowania mieszkaniami cztero- i pięciopokojowymi. Ich potencjalni kupcy wolą kupić segment lub dom wolno stojący.
Agnieszka Bieganowska: U nas 99 proc. klientów kupuje na kredyt i szuka mieszkań o możliwie małym metrażu, powiedzmy, 45 do 50 metrów. Najlepiej, żeby miało trzy pokoje z sypialnią dla rodziców, pokojem dziennym i dla dziecka. Natomiast mieszkania czteropokojowe, które również pojawiają się w ofercie, sprzedają się gorzej. Wydaje mi się, że klient nie jest aż tak bardzo zainteresowany mieszkaniem stumetrowym w mieście.
Zbigniew Maćków: Myślę, że każdy w tej chwili ma rację. Po prostu po głębokiej korekcie na rynku nastąpiło pewne uporządkowanie, podzielenie go na segmenty, jak np. w przypadku samochodów - na klasę kompaktową, średnią i premium. To nie jest tak, że teraz będą sprzedawane tylko mieszkania małe i tanie. Na rynku jest w tej chwili bardzo duże zapotrzebowanie również na bardzo ekskluzywne apartamenty, które właśnie wbrew powszechnemu przekonaniu relatywnie dobrze się sprzedają.
Dlaczego tak się dzieje? W poprzednim okresie - hossy z zamkniętymi oczami, jakbym to określił - nastąpiły duże nadużycia w warstwie semantycznej. Każde mieszkanie, nawet gdzieś na Maślicach, było nazywane apartamentem. Nawet takie, które miało dwa pięćdziesiąt wysokości i było jednostronne, co jest ewidentnym nadużyciem.
Jacek Kulesza: Ale również tych prawdziwych apartamentów w pewnym momencie oferowano bardzo dużo.
Zbigniew Maćków: Rzeczywiście, wtedy w każdym segmencie rynku była dość duża podaż. A to dlatego, że bardzo dużo projektów było oferowanych na etapie planów inwestycyjnych, a nie projektu, który ma zamknięte finansowanie i pozwolenie na budowę itd. W każdym razie rynek był trochę dziki, nieuporządkowany, dlatego że występowały te nadużycia. Kryzys trochę posprząta w pewnych pojęciach, definicjach. Apartament uzyska status apartamentu i nie będzie tutaj dyskusji o jego standardzie.
Marek Kończak: Kilku deweloperów już próbuje różnicować ceny, ale nie ze względu na standard mieszkań, a na ich powierzchnię. Inna cena za metr kwadratowy jest dla lokali powyżej 70 metrów i tych pomiędzy 50 a 60 metrami kwadratowymi.
Mariusz Niemiec: Od naszego ostatniego spotkania te ceny też się zmieniły. Możemy wskazać kilka projektów inwestycyjnych z lokalami o powierzchni 40-50 metrów, gdzie ceny wzrosły o kilka, kilkanaście procent. Możemy również wskazać kilka takich projektów, gdzie duże mieszkania zostały znacznie przecenione, by je szybciej sprzedać.
Pani powiedziała, że klienci dziś chcą kupować małe mieszkania. Wydaje mi się, że to są te same osoby, które jeszcze dwa, trzy lata temu myślały o mieszkaniach większych i w lepszej lokalizacji. Dziś jednak mają taką, a nie inną zdolność kredytową. W związku z tym my, deweloperzy, staramy się dostosować do tego zapotrzebowania. Być może za rok, dwa, trzy część tych rodzin zdecyduje się przenieść do większych mieszkań. Jednak wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie największym zainteresowaniem będą cieszyły się lokale małe. To też spowoduje, że ich cena będzie stopniowo rosła.
Co ciekawe, są klienci, którzy decydują się na kupno tych 40 metrów nawet na etapie budowy, czyli przysłowiowej dziury w ziemi. Decyduje o tym jakiś element jakościowy: marka, branża, lokalizacja.
Będziemy kupować marzenia czy mieszkania?
Jacek Kulesza: Czy możliwy jest powrót do sytuacji, jaka miała miejsce dwa lata temu w czasie dużego popytu, że ludzie bardzo często kupowali marzenia? Zdarzało się, że płacili za mieszkania, choć deweloper nie miał nawet pozwolenia na budowę. A może osiągniemy równowagę: z jednej strony ludzie będą kupować mieszkania, co do których mają pewność, że zostaną dokończone, a z drugiej strony deweloperzy nie będą czekać na kupców z 50 gotowymi lokalami?
Jacek Wróblewski: Równowaga jest mało prawdopodobna. Na polskim rynku mamy do czynienia z niedoborem. Dopóki więc nie zaspokoimy jednej z podstawowych potrzeb ludzkich - co jest związane z rozwojem gospodarczym - dopóty rynek będzie narażony na wahania związane z kryzysami bądź cyklami koniunkturalnymi.
Wracając do tego, co mówił pan Szczap i przed czym ostrzegają ekonomiści - ten kryzys na Zachodzie został zdławiony dosyć sztucznie poprzez dodrukowanie pieniędzy. Za cztery, pięć lat czeka nas więc inflacja. Wtedy ceny wzrosną.
Edward Laufer: Na poziom cen będzie wpływał jeszcze jeden element. Jesteśmy krajem, który ma złotówkę, a jej kurs istotnie wpływa na inwestycje obcokrajowców. Będą pojawiać się inwestorzy zagraniczni liczący na wzrost wartości mieszkań w euro.
Jacek Kulesza: Rozumiem, że boi się Pan spekulantów mieszkaniowych?
Edward Laufer: To są inwestorzy. Oni spekulują jak wszyscy: na giełdzie czy gdziekolwiek indziej.
Zbigniew Maćków: Myślę, że jest mało prawdopodobne, by znów trzeba było kupować marzenia. We Wrocławiu jest bardzo dużo inwestycji, które mają pozwolenia na budowę i są możliwe do uruchomienia w ciągu paru tygodni. Musiałoby się wydarzyć coś niesłychanego, żeby ten bufor bezpieczeństwa skonsumować. W związku z tym każda liczba mieszkań, jaka będzie potrzebna, zostanie uruchomiona.
Mariusz Niemiec: Spójrzcie Państwo, jak wzrósł indeks spółek deweloperskich notowanych na giełdzie papierów wartościowych w Warszawie. To pokazuje, że zaufanie inwestorów jest duże i zbyt optymistyczne. To też jest element, który wypadałoby wziąć pod uwagę przy próbie oceny, jak ten rynek się zmienia, w którym kierunku oscyluje.
Leszek Michniak: Według mnie nie pojawią się duże grupy inwestorów skupujących mieszkania, a to z tego powodu, że w Europie Zachodniej, zwłaszcza w południowej Hiszpanii, są dużo tańsze nieruchomości (tam ceny spadły nawet o 70 proc.). Dlatego raczej utrzyma się tendencja, że kupujący będą chcieli dostać gotowe lokale, a nie dziurę w ziemi. Deweloperzy będą więc musieli nastawić się na finansowanie inwestycji ze środków własnych lub kredytu.
Marek Kończak: Kilka banków ogłosiło wyniki za trzeci kwartał tego roku, gdzie okazało się, że wskaźnik depozytów, a więc naszych pieniędzy w bankach, w stosunku do kredytów jest dodatni. Należy więc liczyć się z tym, że banki otworzą swoje sejfy na kredyty konsumenckie. Bo proszę zwrócić uwagę, że duzi inwestorzy niekoniecznie korzystają z pomocy bankowej. Można też sądzić, że zamożność społeczeństwa się zwiększa, a więc ludzi będzie stać na zakup mieszkań. Oczywiście z kredytów udzielanych przez banki, które te depozyty zbierają.
Gdy państwo dopłaca, ludzie kupują
Ewa Chudobska: Jest jeszcze kredyt preferencyjny z dopłatami rządowymi. Często właśnie klienci szukają mieszkań do 75 metrów kwadratowych, dlatego że rząd im częściowo dopłaci do odsetek. Drugim wyznacznikiem jest cena metra kwadratowego. Dlatego klienci wolą mniejsze i tańsze lokale.
Jacek Kulesza: Czy ten kredyt miał wpływ na rynek nieruchomości?
Maria Zakrzewska: Tak. Uważamy, że miał bardzo istotny wpływ na zwiększenie akcji kredytowej i popytu na mieszkania o konkretnym, nie za dużym metrażu. Zauważyliśmy również, że gros deweloperów dostosowało ceny lokali do cen gwarantujących uzyskanie kredytu „Rodzina na swoim”. W naszym regionie jest bardzo dużo mieszkań, które można kupić w ramach tego projektu.
Marek Kończak: W projekcie są przepisy, które prawo do takiej dopłaty będą dawały nie tylko rodzinom, ale i singlom, których jest wielu.
Jacek Kulesza: Czy ten kredyt preferencyjny nie będzie takim hamulcowym w przyszłym roku, jeśli chodzi o ceny mieszkań? Bo część deweloperów na pewno będzie brała pod uwagę to, czy ich mieszkania da się kupić dzięki pomocy kredytu rządowego, czy też nie.
Jacek Wróblewski: Nie będzie hamulcowym. Jeżeli deweloperzy zobaczą, że jest popyt na ich mieszkania i mogą sobie pozwolić na podwyższenie ceny, to tak zrobią. „Rodzina na swoim” nie miała żadnego znaczenia, chociaż już była w okresie boomu.
Maria Zakrzewska: Nie zgadzam się z Panem. Jeszcze w marcu, kiedy pułap tych cen został określony przez państwo na zbyt wysokim poziomie, gros deweloperów dostosowało swoje ceny, pozwalając klientom skorzystać z kredytu „Rodzina na swoim”.
Edward Laufer: Trzeba wziąć pod uwagę, że w ciągu ostatniego roku kredyt w walucie był mocno krytykowany i pokazywany jako bardzo niebezpieczny. Jeżeli banki zaczną śmielej go udzielać i będzie bardziej stabilna tendencja do umacniania się złotówki, to może się okazać, że „Rodzina na swoim” nie będzie już aż tak atrakcyjna.
Jacek Kulesza: Czy jest możliwy powrót do tak dobrych kredytów hipotecznych, jakie były udzielane jeszcze dwa lata temu?
Bartosz Szczap: Myślę, że tak. Banki szybko zapomną o złych czasach. Zresztą już widać, że wracają do polityki finansowania 100 proc. inwestycji.
Maria Zakrzewska: Rzeczywiście, mamy propozycje dla klientów maksymalnie do 110 proc. wartości nieruchomości, ale w walucie polskiej, czyli w złotówkach.
Ile wybudują deweloperzy
Edward Laufer: Dodam jeszcze jeden element do globalnej oceny rynku nieruchomości. W wielu wypadkach analizy firm, które zajmują się tym profesjonalnie, dotyczą rynku w Polsce: Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław. Natomiast uważam, że Wrocław jest specyficznym miastem, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ponieważ przyciąga nowe inwestycje i ściąga za nimi ludzi. Ci potrzebują mieszkań - jeśli nie na własne potrzeby, to choćby na wynajem. Już dzisiaj mamy przykłady, że są ludzie, którzy z Warszawy dojeżdżają do pracy do Wrocławia. W związku z tym popyt na mieszkanie - pod wynajem czy dla siebie - będzie rósł. To też będzie stymulowało wzrost cen. Pytanie - czy deweloperzy dostarczą tyle mieszkań? Bo dzisiaj niewielu jest w stanie sfinansować budowę z własnych środków.
Jacek Kulesza: No właśnie. Spróbujmy ocenić - będzie boom budowlany w przyszłym roku?
Edward Laufer: Trzeba zacząć od pytania, ile budów rozpoczęto w tym roku? Bo jeśli niewiele albo nic nie rozpoczęto, to będziemy mieli to co dzisiaj.
Jacek Kulesza: A w 2011 roku?
Edward Laufer: Trzeba byłoby zacząć budowy na wiosnę.
Zbigniew Maćków: To jest pytanie do banków: jaką liczbę mieszkań będą w stanie sfinansować? Mamy do czynienia z dwoma rodzajami popytu. Potencjalny jest na poziomie miliona mieszkań, a rzeczywisty zależy od przyznanych kredytów.
Marek Kończak: W bankach jest optymizm?
Jacek Kulesza: W bankach chyba tak, ale u deweloperów brakuje albo optymizmu, albo pieniędzy na wystartowanie z inwestycjami. Pytanie, czy wystarczy im jednego i drugiego, żeby wiosną rozpocząć taką liczbę budów, by w 2011 roku można było to odczuć?
Bartosz Szczap: Przeprogramować trzeba jeszcze te inwestycje, które są, że tak powiem, w portfelach. Bo rzeczywiście, teraz brakuje mieszkań najmniejszych, w dobrych lokalizacjach i w stosunkowo dobrej cenie. W tej sytuacji musimy dostarczyć je na rynek.
Leszek Michniak: Myślę, że przełom roku 2006 i 2007 mocno zdrenował potencjalnych kredytobiorców. Natomiast rynek wynajmu będzie rósł, czyli będzie ciągle zapotrzebowanie na mieszkania dwupokojowe, ewentualnie jednopokojowe, które się zwrócą w okresie 9-10,5 roku. Przyszłość rynku to małe i tanie mieszkania.
Mariusz Niemiec: Nie jest tak, że żadne inwestycje we Wrocławiu nie zostały zaczęte. Na pewno nie jest ich aż tyle, ile byśmy sobie tego życzyli w kontekście roku 2010, 2011 czy 2012, ale niektóre projekty inwestycyjne zostały rozpoczęte. Pytanie, czy kiedy będą zamykane jesienią 2010 roku lub wiosną 2011, nadal będą spełniać oczekiwania klientów?
Co zostało po kryzysie
Jacek Kulesza: Mniej więcej półtora roku temu mieliśmy do czynienia z szałem budowlanym. Ludzie łatwo dostawali kredyty, kupowali dużo mieszkań, deweloperzy budowali bardzo dużo. Teraz jest gorzej. Ale co jeszcze się zmieniło w czasie kryzysu? Zauważyłem, że np. zmniejszyło się zaangażowanie inwestorów zagranicznych, zwłaszcza firm hiszpańskich.
Jacek Wróblewski: I irlandzkich.
Jacek Kulesza: Co się stało z małymi deweloperami?
Jacek Wróblewski: Na pewno, o czym mówił pan Maćków, dużo osób unika określenia „apartament”. To rzeczywiście było nadużywane w celu usprawiedliwienia wysokich cen. Druga rzecz: z kryzysu wychodzimy z zapasem terenów przygotowanych pod inwestycje. Zmieniły się też banki.
Maria Zakrzewska: W jakim kontekście?
Jacek Wróblewski: Finansowania inwestycji. Jeszcze przez długi czas będą unikały ryzyka, a ta branża jest postrzegana jako bardzo ryzykowna. Chociaż zapewne kiedyś znów będą miały nadpłynność i łaskawym okiem zaczną spoglądać na deweloperów.
Marek Kończak: Na pewno nastąpiła weryfikacja wiarygodności i umiejętności zachowania się deweloperów. Na rynku pozostały firmy, które przeszły przez ten trudny okres i z całą pewnością będą sobie w przyszłości dobrze radzić, co jest akurat dobrą informacją dla konsumenta. To już nie on musi weryfikować deweloperów, zrobił to czas. I bardzo dobrze. Mali deweloperzy, którzy sobie nie poradzili, firmy, które były zakładane tylko dla jednego czy dwóch projektów, zostały wchłonięte przez dużych deweloperów. Sytuacja jest jasna.
Jacek Kulesza: Czyli zadziałała sprawiedliwa ręka rynku.
Marek Kończak: Na pewno ten okres spowodował też stabilizację cen na w miarę realnym poziomie. Realnym, czyli odpowiadającym kosztom wytworzenia i marży deweloperów, która utrzymuje się od pewnego czasu na stałym poziomie około 25-30 proc. Okres stagnacji - ja celowo nie nazywam tego kryzysem, bo u nas nie było objawów kryzysu; były to tylko objawy stagnacji związanej z kryzysem na Zachodzie - pozwolił gminom nadgonić z planami zagospodarowania przestrzennego.
Katarzyna Górowicz: Wrocław też nadrobił?
Marek Kończak: Może nie w wystarczającym stopniu, ale jednak dużo planów zostało uchwalonych w rejonie miasta Wrocławia, w gminach ościennych. Przy mniejszym zapotrzebowaniu na te grunty spowodowało to spadek cen.
Maria Zakrzewska: Zbliżamy się do normalności, która powoduje fakt, że nie kupujemy dziury w ziemi, tylko idziemy, oglądamy mieszkanie i jesteśmy potencjalnymi klientami, którzy kupują widoczny produkt.
Edward Laufer: Dodałbym jeszcze dwa elementy. Tylko dobre projekty będą miały uznanie u klientów: w dobrych lokalizacjach i porządnie skonstruowane. Budynki, gdzie jest okno w okno, już raczej nie będą budzić zainteresowania.
Druga sprawa: deweloperzy nauczyli się, że do projektów trzeba podchodzić bardzo ostrożnie, rozważnie, bo nie ma nic gorszego jak rozgrzebana inwestycja. Potem jest ogromny problem nie tylko z klientami, którzy zaufali, ale i z rozliczeniem się z tego wszystkiego. W związku z tym ostrożniej będą rozpoczynać budowy, mając albo przekonanie co do zapewnienia środków przez banki, albo przez środki własne. Mniej będą liczyli natomiast na środki klientów.
Leszek Michniak: Dla mnie najważniejsze jest to, że deweloperzy będą sprzedawać gotowe produkty. Ustabilizowała się w tej chwili bardzo mocno cena na rynku pierwotnym i wtórnym. Pamiętajmy, że w ciągu pół roku spadła ona raptem kosmetycznie tylko o 2-3 proc.
Zbigniew Maćków: Mieszkanie jest w końcu traktowane jako produkt podlegający wszystkim prawom popytu. Bardzo ważna stała się lokalizacja - jedyna rzecz, która jest niepowtarzalna w każdym projekcie mieszkaniowym, bo na wszystko inne - projekt, standard i jakość architektury - ma się wpływ. Nastąpiło wyraźne sprofilowanie się firm deweloperskich na określonych segmentach rynku. Powstały już firmy, które sprzedają określony typ mieszkań: małe i tanie albo duże i drogie itd.
Natomiast nie doszło do sytuacji, której można było się spodziewać - fali spektakularnych bankructw małych deweloperów, jak np. jednoosobowe firmy powstałe na bazie gabinetów stomatologicznych. To pokazuje naszą narodową umiejętność przystosowywania się do ekstremalnych sytuacji.
Gazeta Wyborcza Wrocław
Źródło:
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,9532 ... &startsz=x